Słowacja
jest
pięknym krajem z dosyć dobrymi drogami i
małymi, czystymi
miasteczkami. W Bratysławie napotykam ogromne osiedla, takie jak w
Polsce
zbudowane z płyt. Duże uprzemysłowione miasto z kilkoma ciekawymi
szklanymi
budynkami. Opuszczam Słowację i jadę do Austrii do Wiednia. Wspaniały
kraj.
Widać, że dbają o ekologie, Świetne szerokie autostrady, a koło nich
setki
wiatraków prądotwórczych. Wiedeń wita mnie piękną
pogodą i spora ilością
turystów. Wspaniałe dobrze utrzymane zabytki, ulice czyste i
w ogóle wszystko
było tam bez skazy. Dopiero tu motor mi pozwolił się naprawić i udało
mi się
dobrze odpowietrzyć hamulec. Stamtąd kieruję się na południe. Zbliża
się noc,
więc zatrzymuję się przed Graz na zajezdni przy autostradzie. Jest to
kolejne
dobre miejsce na biwak, ponieważ jest tam woda i toalety. Nazajutrz
jadę do
Słowenii i jej stolicy Liubljany. Kraj ten pozytywnie zadziwił mnie
najbardziej. Wjeżdżając do niego widzi się przepiękne góry
i
ciągnącą się w ich kierunku bardzo dobrą autostradę. Mijam
góry, wąwozy i
wyjeżdżam na pola, na których widać w oddali stolicę. Z
daleka sprawiała ona
wrażenie trochę za niedbałego miasta, w którym wciąż siedzi
,,komuna,, a kraj boryka się z powojennymi problemami. Byłem w
błędzie.
Miasto
śliczne. Wjeżdżam i napotykam wspaniałe nowoczesne budynki, markowe
sklepy, a
stara część miasta jest w całości odrestaurowana
przypominająca
trochę Wenecję pomieszaną z Wiedniem. Sporo turystów
głównie z Włoch i Austrii.
Mnóstwo restauracji i targ ze starociami, gdzie można było
nabyć dość niedrogo
antyki. Tego samego dnia ruszam do Wenecji.
Jestem ciekaw, jak
wygląda rozsławione podtopione miasto, które znałem tylko z
telewizji. Podróż w
tym kierunku odbywa się dość spokojnie. Widzę znaki drogowe kierujące
do
Wenecji. Podniecenie rośnie z każdym kilometrem. Wreszcie widzę
zabudowania i
znak ,,welcome to Venezzia,,. Puszczam kierownicę, podnoszę ręce do
góry i
krzyczę mam Cię! Najpierw minąłem miasto na stałym lądzie, a potem
długim
mostem pojechałem na zalany
półwysep. W oddali widać duży port z
przycumowanymi luksusowymi statkami. Za mostem korki z przeciskającymi
się
skuterami, samochodami i autokarami z turystami. Dalej już koniec
drogi, tylko rondo
z małym parkingiem dla aut i motorów, troszeczkę dalej duża
zajezdnia
autobusów. Zostawiam motor gdzieś na boku tego wszystkiego i
idę zwiedzać.
Zaprosili mnie
do siebie na kolację, spaghetti, którą zjedliśmy w miłej
atmosferze w ich pojeździe,
gdzie gaworzyło ich trzy miesięczne dziecko. Znacie
młodszego
podróżnika? Następnego dnia skierowałem się do Mediolanu. W
pewnym momencie
zabrakło mi paliwa, więc zajechałem na stację paliw. Pełen optymizmu
tankuję za
10 euro, płacę kartą, a kasjer zdziwiony
oznajmia, że nie mam
pieniędzy na koncie. Pytam jak to? On sprawdza to kilkakrotnie i nic.
Fuck!
Przeklinam sam do siebie po angielsku, żeby nie zubożać polszczyzny.
Facet
wymyśla żebym dal tyle ile mam. Wyciągam z
kieszeni cały swój
majątek 6 euro i 1zl 50gr w miedziakach. Bierze to ode mnie, macha ręką
w
geście obojętności i mówi jedz człowieku. Dziękuję i
odjeżdżam. Jak to się
stało myślę po drodze? Obliczyłem w myślach
wszystkie wydatki
przed podróżą i w jej trakcie. Rzeczywiście zgadza się
wszystko. Okazało się,
że byłem zbyt rozrzutny i ,,popłynąłem,,. Co teraz? Paliwa miałem na
jakieś
100-200 kilometrów, czyli Mediolan jeszcze
odwiedzę. Miasto, w
którym panuje największy nieład jakikolwiek widziałem,
straszne korki, hałas,
pełno ludzi i obijających się o siebie skuterów. Duże stare
budynki z
zasłoniętymi żaluzjami oknami, latające wokół śmieci
i upał nie do
zniesienia. Zostawiam motor i zataczam pieszo duże koło
wokół centrum szukając
czegoś, na czym można zawiesić oko i pstryknąć fotkę. Niestety nic
takiego nie
znalazłem, poza trzema podejrzanymi facetami z
Jamajki.
Niebyli zbyt
rozmowni do momentu, kiedy wyjąłem fajki. To, co po jednym? Chętnie!
Palimy i
gadamy, fotka na pamiątkę i spadam dalej przed siebie. Zajeżdżam nad
jezioro w
pobliżu miasteczka Arona, gdzie spędzam trzy
dni bez kasy. Na
szczęście miałem ze sobą jakieś puszki z żarciem i zupki chińskie. Bez
wody się
nie obejdzie, więc pytam się sympatycznej staruszki stojącej za płotem
swojej
posesji, czy naleje mi trochę w butelkę. Nie
rozumiała nic po
angielsku, więc zawołała swoją córkę, która
,,spikała,, dość dobrze.
Opowiedziałem jej o swojej wyprawie i zachwycona moją historią przynosi
mi
cztery butelki zimnej wody z kranu, która była
przepyszna i
wcisnęła mi do rąk zimną, tłustą olbrzymią pizze margaritę,
która była w takiej
sytuacji również przepyszna. Sympatyczna Pani przychodziła
mnie odwiedzać ze
swoja córką i rozmawialiśmy o Polsce i panującym kryzysie
światowym.
Przez trzy dni czekałem na przelew pieniędzy za urlop i w końcu się
doczekałem.
Bóg zesłał mi nawet serwis
Kawasaki, który był kilometr od mojego obozowiska,
gdzie kupiłem manetkę za 39euro!!! Gotowy do jazdy kieruję się do
Szwajcarii
rozpoczynając przeprawę przez Alpy.
Droga prowadzi prosto przez wiele kilometrów,
samochody czasami też przejadą, a miasteczka po drodze niczym wymarłe,
pozabijane dechami i ani żywej duszy w nich.
Motor na powietrze
niestety nie pojedzie i zaczyna się domagać o swoje. Załączam rezerwę
paliwa i
w nawigacji satelitarnej ustawiam, aby znalazła mi najbliższą stacje
paliw i
kierowała mnie najkrótszą drogą. Prowadzi
mnie przez lasy i pola
po piaszczystej drodze. Po kilkunastu minutach widzę w oddali słup z
logiem
jakieś stacji, ucieszony mówię do mojej maszyny... ,,tym
razem znów nie udało
ci się mnie załatwić,, zajeżdżam na miejsce, a
tam wszystko
rozkopane, a po stacji zostały tylko ogromne zardzewiale, wyjęte na
powierzchnie zbiorniki po paliwie. Ręce mi opadły, spojrzałem na motor
i
rzekłem ,,udało Ci sie! Fuck!,, Nie poddaję
się i szukam dalej... Po
kilku kilometrach widzę kolejną stację w oddali, ucieszony podjeżdżam i
już nic
się nie odżywam, aby nie zapeszyć, a tam... dwa stojące koło siebie
dystrybutory pewnie pamiętające jeszcze de
Gola i oczywiście
nieczynne, a z boku budynek stacji z zabitymi płytami oknami. Zacząłem
się
naprawdę niepokoić, ale szukam dalej. Motor wygląda jakby się ze mnie
śmiał.
Jadę na oparach i znajduję kolejną stację, a koło
niej warsztat
samochodowy, myślę sobie uratowany! Podjeżdżam i niedowierzam, stacja
tez
niedziałająca. Łza mi sie w oku zakręciła i pytam się pracownika
warsztatu, czy
ma trochę paliwa? On kieruje mnie pod jakiś supermarket,
gdzie
paliwo tankuje się samemu i płaci na miejscu kartą. Stacja jest, ale
nie podaje
paliwa, bo nie czyta mojej karty bankomatowej. Siadam i czekam na nie
wiem, co?
Ktoś podjeżdża tankuje i zgadza sie mi też
zatankować, a ja mu
oddaję pieniądze w gotówce. Jadę dalej. Po długiej jeździe
widzę wreszcie Paryż
z biegnącej do niego szerokiej autostrady, mijam przedmieścia, z dala
widać wystającą
wierzę Eiffla pomiędzy wieżowcami, zmierzam ku niej.
Z każdym
kilometrem coraz więcej aut na drodze, aż dojeżdżam do centrum. Droga
wręcz
nieprzejezdna dla samochodów, panuje walka o skrawek wolnego
asfaltu, słychać
tylko warkot silników i klaksony, sprytnie mijające
to wszystko
motocykle, a ja razem z nimi. Panuje straszny chaos, jest bardzo
duszno, a
wierzy nie widzę, bo zasłaniają ją duże kamienice blisko stojące koło
siebie.
Co raz bardziej przekonuję się, że ten wspaniały Paryż
jednak nie
jest dla mnie, za dużo ludzi, turystów, korków,
śmieci na ulicach i może tylko
w Niedzielę rano człowiek by odpoczął w tym mieście, jak wszyscy w
domach
siedzą. Odnajduję najsłynniejszą europejska budowlę
i muszę
przyznać, że robi wrażenie. Niesamowity postęp w architekturze, jak na
tamte
czasy. W całości z elementów stalowych połączonych nitami,
tworzy niezwykła
symetrie i dokładność wykonania.
Spacer wokół wierzy i centrum i w
drogę tym razem do Bruxelli złożyć niespodziewana wizytę rodzince.
Za trzy godziny powinienem dotrzeć, ale zbliża
sie godzina 21, a z Zachodu nadciągają czarne chmury o niezwyklej
rozpiętości. Poddaję
się i rozbijam się za stacją paliw kilka kilometrów od
Paryża. Po godzinie
nadciągnęła burza z silnym wiatrem i mocnym deszczem do tego stopnia,
ze
zrywało mi namiot i co kilkanaście minut musiałem z niego wychodzić,
żeby go z powrotem ustawić i wbijać śledzie. Z rana pojechałem do
Bruxelli i
byłem na miejscu po trzech godzinach. Autostrady w Belgii są darmowe,
więc
szybko pokonałem odcinek od granicy do centrum miasta.
Po
przybyciu spotkałem się z rodziną. Wujek zaopiekował się mną właściwie,
motor
do garażu, a my do pubu. Trzy dni picia wszystkiego i wszędzie.
Ostatniego dnia o 6.00 rano miałem prom z
Dunkierki do angielskiego Dover. Musiałem
wstać o trzeciej i od
razu ruszać, ale kawkę trzeba było wypić przed drogą tłumacząc sobie,
że zdążę.
Tego ranka było bardzo chłodno i niesamowicie mocno padał deszcz.
Czułem, jak
na łukach na autostradzie moje koła tracą
przyczepność do tego
podmuchy powietrza spowodowane przejeżdżającymi tirami znosiły mnie z
lini
jazdy. Musiałem znacznie zwolnić. Cud, że się nie
przewróciłem. Na porcie byłem o
6.05 i pomachałem mojemu odpływającemu promowi. Następny był o
8smej, a o dziesiątej przybiliśmy do portu w Dover. Miałem 4,5 godzinny
na
dotarcie do portu w Pembroke w zachodniej części Walii. Przyznam, że po
UK jeździ się najszybciej. Autostrady są
darmowe i docierają w każdy zakątek
kraju. Żeby zdążyć na prom pędziłem prawie cały czas 160km/h, co
przełożyło się
na zużycie paliwa w wysokości 10L/km! Żeby przedostać się na drugą
stronę ujścia kanału Mouth of the Severn przy miejscowości Caldicot
trzeba
przejechać przez ogromny i długi most przypominający Golden Bridge. W
życiu nie
spotkałem się z tak silnym wiatrem, jak na tym moście.
Aby
utrzymać równowagę przy bocznym i często zmieniającym
kierunek wiatrem musiałem
jechać przechylony na bok do wiatru. W końcu schowałem się za jadące
obok tiry
i już nie wiało. Nie zdążyłem na prom! Następny
mam o 2.30 nad ranem,
czyli za 12 godzin. Rozkładam karimatę na chodniku i idę spać. Budzą
mnie po
chwili czyjeś rozmowy po polsku. Patrzę, a obok mnie stoi kilku
kierowców tirów
wraz ze swoimi pojazdami. Zobaczyli, że mam
polską rejestrację i
zagadali do mnie, a potem zrobili kawę i się rozeszli do
ciągników. Doczekałem
się wreszcie promu. Płynęliśmy trzy godziny, wszyscy wycieńczeni swoimi
podróżami porozkładali się w
restauracyjnych lożach, a ja razem z
nimi. Dopłynęliśmy do irlandzkiego portu w Rosslare i znów
zastała mnie burza.
Z kilkoma komplikacjami dotarłem do Dublina. Dziwne, ale wielu
znajomych z domu
i sąsiadów nie wierzyło, że
wrócę, a w pracy chcieli dzwonić po
szpitalach. Dzięki za wiarę we mnie!;)
Wyprawę uważam za udaną mimo
wielu nie dogodzeń,
ale, tak naprawdę na to liczyłem i to mnie kręci, sprawdzanie samego
siebie,
siły własnej psychiki i ciała w różnych niespodziewanych
sytuacjach. Była
ona treningiem przed kolejną o wiele dłuższą wyprawą, gdzieś na inne
kontynenty. Posmakowałem tego i wyciągnąłem wnioski. Co mogę doradzić
wybierającym się w taką podróż motocyklistą?
Najważniejsze, aby
być samodzielnym i wytrwałym zawsze i wszędzie. Mieć pieniądze, bo z
nimi można
prawie wszystko. Wiedza o geografii i mechanice pojazdowej, bo znaleźć
się nie
wiedząc gdzie z zepsutym motorem
równa się z szeregiem problemów i
płaczem, jak u małego dziecka. Mieć przy sobie komplet wszystkich
pasujących do
każdej części narzędzi i kilka części, które najłatwiej
ulegają zniszczeniu
przy przewrotce lub się najszybciej zużywają.
Pamiętajmy też o
języku obcym najlepiej angielskim, bo wszyscy znają nawet podstawy i
kilka
najpotrzebniejszych słów z kraju, do którego
wjeżdżamy, bo często starsi ludzie
tylko w nim mówią. |